23
maja 2016
To
drugi i ostatni dzień, który mamy zaplanowany „na sztywno”. Czeka nas trasa z
Fresno do Las Vegas, a po drodze osławiona Death Valley.
Ruszamy
niespiesznie późnym przedpołudniem, robiąc przerwę dopiero w Bakersfield.
Tankowanie, zakupy… Okazuje się, że mam przy tankowaniu z samoobsługowego
dystrybutora paliwa znów problemy takie jak 4 lata temu – maszyna nie czyta
moich kart kredytowych z chipem. Cóż,
czeka mnie znów bieganie na stację i robienie przedpłat. Taki klimat.
Od
Bakersfield kończy się „słoneczna Kalifornia” i zaczyna upalna pustynia Mojave.
Jako że do tej pory temperatura jest dość niska (około 24°C) nastawiam się na
szybką zmianę i duży jej skok. O dziwo nic takiego się nie dzieje. Jest coraz
cieplej, ale to dopiero w sercu Death Valley termometr dobija na chwilę do
36°C.
O Mojave nie będę się
rozpisywać, bo zasadniczo nie ma o czym mówić. Jest to dość monotonne i niezbyt
przyjazne pustkowie, nie zachwyca krajobrazami. Wyjątek stanowi Death Valley,
która wiosną potrafi zakwitnąć na chwilę i cieszyć oczy kolorami kwiatów. Widoki
gór otaczających dolinę mogą również wpaść w oko, na mnie jednak nie zrobiły
dużego wrażenia. Przejazd przez Park Narodowy jest płatny 10 dolców.
|
Droga nr 95, między Amargosa
a Las Vegas, Nevada
|
Późnym
popołudniem dojeżdżamy wreszcie do Vegas. Nasze zdumienie jest ogromne, bo
tylko 24°C i jest wietrznie. Gdy byliśmy 4 lata temu mniej więcej o tej samej
porze roku zmagaliśmy się z nieznośnym upałem, takim, że w dzień dobijało po
czterdzieścikilka stopni i ponad 30°C nocą. Tak też zapamiętaliśmy Vegas stąd
szok zaraz po przyjeździe. Na wieczorno-nocny spacer po Stripie wzięłam bluzę.
I całe szczęście, inaczej bym zmarzła.
Las
Vegas to jedno z tych miejsc, które albo pokochasz albo od razu znienawidzisz.
Nie jestem i nigdy nie byłam wielbicielką kiczu, który tu jest wszechobecny,
ale od tysięcy kolorowych, bajecznych neonów czy fantazyjnych brył niektórych budowli
trudno oderwać oczy. Jeśli tylko spojrzysz na to miasto z przymrużeniem oka, z
pewnością będziesz się dobrze bawić. Wrażenie robią potężne hotele, a uśmiech
wywołują kiczowate podróbki znanych budowli z całego świata. The Strip czyli
główny bulwar miasta wieczorem tętni życiem, a tłumy turystów wędrują po nim
tworząc niekończący się łańcuch. Vegas ma oczywiście też drugą twarz, w końcu
wszystko to powstało dla hazardu i dzięki niemu tak się rozrosło. Kasyna są
dosłownie wszędzie: na lotnisku, w motelach, hotelach, galeriach. Kolejna
atrakcja to kluby nocne ze striptizem, które jeszcze dwa lata temu były szeroko
reklamowane na Stripie w postaci wręczania wizytówek z nagimi panienkami, ale
tym razem „rozdawaczy” zabrakło. Nie wiem co się stało… No i Cirque du Soleil,
Celine Dion i inne „gwiazdy” na stałe rezydujące tutaj wciąż przyciągają
rzesze. Nigdy się nie skusiłam na takie występy, więc nie będę krytykować. Fenomenem
Vegas jest to, że tak jak wszędzie hotele buduje się obok atrakcji
turystycznych, tak tu atrakcją są same hotele i wszystko co najciekawsze się
skupia w nich i wokół nich. Tylko w Vegas popływasz kanałami jak w Wenecji,
obejrzysz średniowieczny turniej rycerski czy znajdziesz się w labiryntach
egipskiej piramidy. Absolutne must see
to hotel Bellagio z fajnym pokazem tańczącej fontanny na kopii jeziora Como
(trafiliśmy akurat na świetnie zaaranżowany pokaz do „Deszczowej piosenki”),
hotel Caesar’s Palace z wnętrzami w stylu starożytnego Rzymu i Grecji (mega
dawka kiczowatych kolumnad, marmurowych pomników i fontann), hotel Venetian i
Mandalay Bay. Można tam włóczyć się godzinami.
Podsumowanie
dnia:
Dzień: 23.05.2016 dystans: 489 mil (787 km)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz