Translate

USA - południowy-zachód cz. I



Tej podróży miało w ogóle nie być.
Schody zaczęły się już na etapie łapania promocji. Info o podejrzanie tanich biletach do Stanów znalazłam dopiero późnym popołudniem w marcowy piątek, choć wisiało na F4F już od dobrych 2 - 3 godzin.
Nie licząc na nic zaczęłam moją ulubioną zabawę w sprawdzanie dostępności, cen, możliwych kombinacji połączeń. Znalazłam jedno, które było realne dla mnie i mojego małżonka ze względu na termin i miejsca wylotu i przylotu. O dziwo, cena była wciąż taka jak w zajawce. Próba bukowanie ostatecznie jednak nieudana, już przy płatności wywaliło, że brak dostępnych miejsc. No trudno, szkoda.
Zajęłam się więc czym innym, z lekką złością na siebie, że przespałam dobry deal.
Jakież było moje zdziwienie gdy po około dwudziestu minutach zadzwonił telefon z eSKY.pl z pytaniem czy chwilę temu próbowałam dokonać zakupu biletów do Stanów. „Co jest?” – pomyślałam, jakieś jaja sobie robią…? No dobra, mówię, że tak. I że nie udało się ze względu na brak dostępności. W odpowiedzi słyszę, że owszem, na wybrany termin wylotu już się nie da nic zrobić, ale sprawdzali przed chwilą i gdybym chciała zmienić datę na troszkę wcześniejszą to bilety jeszcze są. No to czy chcę? Kombinujemy jeszcze ze zmianą miejsca przylotu, ale już nie wchodzi żadna data. To jak? Zabukować? Pyta Paweł z eSKY. No raczej! :)
Potem kolejna kłoda. Płatność nie przechodzi. Mam karty kredytowe z 3D secure, więc na telefon nie da się ich autoryzować. Kombinacja z przelewem… jest piątek wieczór... z mojego konta zlecenie przelewu wyjdzie dopiero w poniedziałek rano, a to za późno. Pojawia się mój Brat posiadający konto akurat w banku z którego płatność od razu zobaczą w eSKY.
Poszło. Przychodzą etixy. W głowie mieszane myśli… jak to możliwe, że wszystko tak się zgrało bez mojego wysiłku? Dziwna sprawa. Nie cieszę się, czuję gdzieś w podświadomości, że to jeszcze nie koniec komplikacji.
Gdy po tygodniu nic się nie zmienia, żadnych anulacji ze strony przewoźnika nie ma, zaczynam na poważnie dogrywać szczegóły związane z dolotami, ubezpieczeniem, pierwszymi noclegami na miejscu. Wciąż w głowie mam dziwne wrażenie, że będą kłopoty. Cóż, po co się martwić na zapas... wylot dopiero w maju.
Mija marzec. W kwietniu oboje z mężem składamy wnioski urlopowe u siebie w pracy. Ja dostaję zgodę, a On nie. Szlag… czułam to przecież! Negocjacje powodują, że urlop w końcu dostaje, ale o tydzień za krótki…
Jest połowa maja. Wyjazd wisi na włosku. Wyczerpały się wszystkie możliwości polubownego załatwienia sprawy. Ostatecznie Mąż podejmuje decyzję, że zaryzykuje. A co z brakującymi dniami? Domyślcie się. ;)
Na trzy dni przed wylotem na szybko robię wstępny plan podróży: dwie wersje minimum i totalnie obłędne maksimum. Pomyślicie: co za idiotka. Leci do Stanów, nie wie gdzie i po co. Nie, nie… doskonale wiem :) Po prostu to będą drugie moje odwiedziny w tych stronach. Stęskniłam się i po pierwszym wyjeździe, cztery lata temu czułam już ogromną tęsknotę i niedosyt. Plan jest taki, by objechać to co było najciekawsze raz jeszcze i w zależności od okoliczności uzupełnić braki i być tam, gdzie poprzednio nie starczyło czasu.
Po tym przydługim wstępie zapraszam więc Państwa w podróż po południowym zachodzie USA.


21 maja 2016
Plan na ten dzień jest prosty: musimy się dostać na lotnisko w Malpenzie, bo stamtąd mamy wystawione bilety do Stanów. Korzystamy z połączenia Modlin – Bergamo realizowanego przez Ryan Air. Z Bergamo wieczorem autobusem transferowym jedziemy do Milanu. Tam natomiast łapiemy ostatni tego dnia autobus transferowy do Malpenzy. W Milanie łazimy po okolicy dworca, starcza też czasu na pyszne lody.


22 maja 2016
6.45 rano lecimy do Stambułu. Mamy tu 2,5 godzinną przesiadkę przed lotem do San Francisco. Obsługa lotniska w ogóle nie mówi lub mówi bardzo słabo po angielsku, czepiają się mojego telefonu: nie umieją zrozumieć dlaczego mam przy sobie rozładowaną komórkę i nie mam do niej ładowarki w podręcznym bagażu, pomimo tego, że wyciągam jeszcze dwa włączone, działające telefony.
Lecimy Turkish Airlines więc na pokładzie wszystko ładnie, pięknie: dobre jedzenie, niezły wybór filmów, niespełna 11-godzinna podróż jakoś mija.
Jesteśmy osiem godzin do przodu, w San Francisco jest dopiero 16:30.
Lotnisko w SF to trzy terminale, parkingi i centrum wynajmu samochodów, które łączy nadziemna kolejka. Wszędzie intuicyjne oznaczenia, nawet dziecko się nie zgubi.
Samochód bierzemy z Alamo. Jest to jedna z wiodących w Stanach wypożyczalni, wybrałam ją już drugi raz z pełną świadomością. W poprzedniej podróży miałam najpierw awarię silnika, a potem stłuczkę i spisali się bardzo dobrze. To znaczy awaria usunięta w pierwszym napotkanym po drodze miasteczku (dużo warsztatów ma z nimi umowę) a stłuczka załatwiona bez żadnych zbędnych formalności (odnotowali w protokole i zadzwonili do mnie po kilku dniach tylko po to, by nagrać moje oświadczenie o przebiegu kolizji).
Amerykanie są mistrzami sprzedaży. Po wysłuchaniu całej litanii handlowych zagrywek zgadzam się na podwyższenie standardu auta i na pełny pakiet road assistance. Ale żeby nie było – ten road assistance i tak chciałam. Licząc, że mój plan podróży w wersji max wejdzie w życie, musiałam mieć zabezpieczenie na każdą ewentualność, a uwierzcie, że pustkowia w Nowym Meksyku czy Arizonie w niczym nie przypominają europejskich bezdroży, tu ciągną się czasem godzinami i trudno tam o pomoc mechanika. Co do wyższego standardu auta – hmmm… intuicja mi kazała ;)
Uwielbiam amerykańskie wypożyczalnie. Szybkie załatwienie formalności i wchodzisz na ogromny parking z furami. Pokazują ci kilka rzędów aut danej klasy i po prostu sam sobie wybierasz. Możesz do woli oglądać, przejechać się każdym, masz święty spokój, nikt cię nie pogania. My trafiliśmy skromnie – w klasie full size tylko kilkanaście, może dwadzieścia parę aut. Ja jednak wiem czego szukać :D
Jeśli wybierasz się na południe USA, to może Ci pomogą moje kryteria wyboru: kolor, producent, rocznik. I już słyszę ten śmiech na sali! Kolor??!! Tępa dzida pod kolor walizki pewnie będzie szukać… Otóż nie… Bierz tylko biały lub srebrny. Inne kolory odpuść. A jak nie to wspomnisz moje słowa stojąc gdzieś w ponad czterdziestostopniowym upale i zużywając więcej paliwa na chłodzenie. Producent – ja ufam tylko Japończykom i Amerykańcom. Rocznik – wiadomo, auto ma być jak najmłodsze i z jak najmniejszym przebiegiem. Niby proste, ale obserwując niektórych klientów wypożyczalni wiem, że często idą na żywioł, a potem żałują.
Tym oto sposobem od pierwszego wejrzenia zakochuję się w srebrnym Nissanie Altima z 2015 roku i przebiegu 25 tys. mil :) Oglądam jeszcze dla pewności pobieżnie auta z klasy economy, ale nic wartego rozważenia nie znajduję. Mam przeczucie, że to był mój strzał w dziesiątkę.
Kluczyki są w środku, jak już się załadujesz to zeskanują Ci tylko auto na bramce wyjazdowej i możesz śmigać.
Jest późne popołudnie. Zabukowałam jeszcze w Polsce nocleg we Fresno, więc chcemy tam dojechać i odpocząć po podróży.

Jesteśmy w mieście około 22-giej. Mam problem ze znalezieniem motelu, bo poprzestawiałam jakieś ustawienia na aplikacji z mapami i nie działa mi na offline. Trafiamy w końcu i odsypiamy trudy. 



Dzień: 22.05.2016  Dystans: 188 mil [303 km]