Translate

USA - południowy-zachód cz. VI




 27 maja 2016

Ten dzień ma być kolejnym spędzonym w drodze. Przed nami cały Teksas! Cieszę się, że po burzowej nocy od rana świeci słońce, daje ono duży zastrzyk energii po nieprzespanej nocy.
Teksańskie krajobrazy w tej części stanu są bardzo zbliżone do środkowoeuropejskich: wszędzie lasy, łąki i pola, wszystko tętni życiem, bujna majowa zieleń dominuje. Im dalej kierujemy się na wschód tym jej więcej i jest jeszcze bardziej intensywna. 




Kierujemy się międzystanową 20-tką do Dallas. Dobra pogoda niestety szybko się kończy i niebo zaczynają zasnuwać ciężkie, deszczowe chmury. Za chwilę już intensywnie leje. Mijamy kilka gwałtownych burz wciąż z nadzieją, że kiedyś przecież musi to się skończyć. Przed południem udaje nam się wreszcie pomiędzy kolejnymi ulewami zatrzymać na chwilę by coś zjeść. Gdy kończymy znów na horyzoncie robi się wściekle granatowo.
Do Dallas wjeżdżamy w strumieniach ulewnego deszczu, do tego są straszne korki, więc z żalem postanawiam ominąć miasto i jechać dalej.
Z takiej jazdy jak dziś nie ma wiele przyjemności... coraz to nowa ulewa, jedna za drugą, bez przerwy.



I tak cały dzień...

 Popołudniu docieramy do malutkiego Natchitoches. Najpierw chciałam się tylko zatrzymać, żeby chwilę odpocząć, ale zmieniam zdanie. Mam dość. Nie mam po prostu już siły do dalszej jazdy w takich warunkach. Widzialność może na 5 metrów, wycieraczki nie nadążają zbierać wody, za oknem wszystko szare. I tak było przez ostatnie kilka godzin. 
Zjeżdżamy do McDonalda na lody, żeby poprawić sobie morale i humor, a potem szukamy miejsca na nocleg. Lać przestaje dopiero po 22-iej, tym samym sprawdza się prognozy pogody. Ja jednak o tym już nie myślę. Jestem prawie u celu swojej podróży!

 Podsumowanie dnia:



Dzień: 27.05.2016  dystans: 446 mil (717 km)



28 maja 2016

Louisiana – here I come!!!
Dziś spełnia się moje marzenie. Zawsze fascynowało mnie amerykańskie południe widziane gdzieś w filmach, na zdjęciach, w muzyce czy na kartkach książek. Ale wiadomo, że przecież czym innym jest znaleźć się samemu i poczuć prawdziwy klimat takich miejsc. Zderzenie wyobrażeń z rzeczywistością czasami jest bardzo bolesne, dlatego zawsze staram się nie budować własnych wizji jakiegoś miejsca, a zamiast tego skupić siły by móc tam dotrzeć i przekonać się jak jest naprawdę.
Na Luizjanę czekałam bardzo długo. Ale wiedziałam, że warto i że moja cierpliwość kiedyś zostanie wynagrodzona. I tak się stało!
 Za oknem piękny, słoneczny poranek. Zapominam o wszystkim co było wczoraj, planuję trasę na dziś.
Zaczynamy od ślicznej Alexandrii. Miasto w niczym nie przypomina tego, co widzieliśmy do tej pory. Stare, kolonialne domy stojące na palach, niektóre przepięknie zdobione. Dookoła bujna zieleń, ogromne drzewa opanowane przez pnącza. 






Błądzę trochę po przedmieściach szukając lokalnej drogi nr 1 do St. Francisville, która zaprowadzi nas na spotkanie z amerykańską królową. Jaką królową?? 
Królowa tutaj jest tylko jedna - Mississippi !!!

 
rzeka Mississippi

Dalej droga prowadzi przez zalewiska i słynne dębowe plantacje.

Oak Alley Plantation



Bayou - chyba najbardziej charakterystyczna część południowo-amerykańskiego krajobrazu. Cóż.. na grzyby się nie da, za to aligatorów dostatek :)

 I dalej pędzę prosto na południe... do celu, do kwintesencji stanu Luizjana…
Tak. Przejechałam 3 tysiące mil by się tu znaleźć. Właśnie tu!

 NOWY ORLEAN !

Zakochałam się w tym mieście jeszcze kilkanaście lat temu oglądając serię programów Lonely Planet. Potem z przerażeniem patrzyłam, jak huragan Katrina robi w nim spustoszenie. Miasto w niektórych miejscach nosi do dziś blizny po tym wydarzeniu, choć minęło już 11 lat. To co najbardziej wyróżnia Nowy Orlean to słynny karnawał Mardi Gras, niekończące się imprezy we French Quarter i charakterystyczne brzmienia trąbek we wszechobecnym jazzie i bluesie.
Miasto początkowo było pod panowaniem francuskim, potem hiszpańskim, „wzbogacone” zostało niewolnikami z Afryki, dlatego od zawsze jest istnym tyglem kulturowym. Język, jakim posługują się mieszkańcy Nowego Orleanu to też specyficzna mieszanka, dla nieznających francuskiego będzie dużym wyzwaniem :)






French Quarter - najsłynniejsza dzielnica,która przyciąga miliony spragnionych dobrej zabawy w południowym klimacie. Co na tych ulicach dzieje się podczas Mardi Gras... lepiej nie mówić ;)

  



Nihilizm, praktyki voodoo, kościoły baptystów… znajdziesz tu wszystko. 


Wygląda spokojnie? Nowy Orlean niestety jest od wielu lat niekwestionowanym liderem jeśli chodzi o liczbę zabójstw. Po Katrinie, która spowodowała spadek liczebności całej konglomeracji o połowę, przez chwilę było lepiej, ale już wszystko wróciło do stanu sprzed.




Większość miasta położona jest "w dołku" dlatego podtopienia nie są tu niczym szczególnym. Dzięki systemowi automatycznych pomp woda jednak dość szybko znika z ulic. Uważaj gdzie parkujesz!


Miasto ma niestety swoje ciemne strony i nie należy do bezpiecznych, dlatego noc postanawiamy spędzić w odległym zaledwie 80 mil Baton Rouge – stolicy stanu Luizjana.



Wieczór nad bayou



 Podsumowanie dnia:



Dzień: 28.05.2016  dystans: 354 mile (569 km)




Brak komentarzy: